Zanim zdiagnozowano u mnie depresję, myślałam, że po prostu wymyślam sobie rzeczy i stany, których doświadczam. Presja rodziny i środowiska doprowadziła, że skrzętnie ukrywałam to, jak naprawę się czuję.
Dziś mogę powiedzieć, że to już przeszłość. Jestem zdrowa! Skorzystałam z jedynej niezawodnej pomocy i odzyskałam prawdziwe życie.

Ukrywałam swój prawdziwy stan
Nie potrafiłam się niczym cieszyć. Byłam przygnębiona, a na zewnątrz nosiłam sztuczny, przyklejony uśmiech. Tylko dlatego, że nie wypadało pokazać swojego prawdziwego stanu. Nosiłam maski. Nikt patrząc na mnie nie powiedziałby, że boję się i mam depresję. Wszystko robiłam na pokaz, byle tylko nie wydało się to, co tak naprawdę przeżywam. Nie chciałam, żeby o mnie mówili.

Widzieli we mnie szczęśliwą kobietę
W domu jednak płakałam. Robiłam to po kryjomu. Skrzętnie ukrywałam, że czuję się zdruzgotana i nic nie warta. Nie odkryłam się nawet przed tymi, co mnie znali – szczególnie przed domownikami. Przyklejony uśmiech, makijaż, ciuch i heja do przodu – taki był mój wizerunek. Dlatego byłam postrzegana jako silna kobieta, której wszystko się układa.

Prawda była inna
Moje 13-letnie małżeństwo nie istniało już od 9 lat w żadnym aspekcie. Rodzina, której poświęciłam się całkowicie, rozpadła się. Byłam nieszczęśliwa i odrzucona jako kobieta, matka i człowiek. W środku miałam wielką pustkę. Z drugiej strony dopadło mnie silne poczucie winy – przecież jestem mamą i muszę być silna dla dzieci, nie mam prawa czuć się źle. Wpadłam w błędne koło, a mój organizm zareagował całkowitą utratą odporności. Doszłam do ściany – nie chciało mi się już żyć.

Próbowałam się jeszcze ratować
Szukałam różnych metod ratunku: szkolenia motywacyjne, treningi pozytywnego myślenia. Wystąpiłam nawet w programie tv, żeby udowodnić sobie, że żyję, by poczuć smak zwycięstwa. Wszystko na nic. Leki antydepresyjne też działały tylko na chwilę – organizm przyzwyczajał się do dawki i systematycznie trzeba było ją zwiększać. Wszystko dawało tylko krótkotrwałe rezultaty. Zawsze wracałam do punktu wyjścia czując, że spadam jeszcze głębiej w ciemność.

Boże, ja już dłużej tak nie mogę!
Tak właśnie zawołałam, padając na kolana w moim domu. Nie byłam już w stanie wytrzymać więcej fizycznego i psychicznego bólu. „Albo coś zrobisz, albo zabierz mnie stąd!” – powiedziałam. Usłyszał mnie. 26 września 2017 r. spotkałam się z żywym Bogiem. Dotknął mojego serca i w jednym momencie przywrócił do życia. Narodziłam się z Jego Ducha. Odpadło wszystko: cierpienie, obawy, kompleksy, stres, cała depresja. Stałam się wolna, bo uratował mnie Jezus Chrystus. To najlepszy lekarz. Od tamtego momentu nie potrzebowałam już żadnych leków, psychoterapii, spotkań z psychologiem.

Już nie udaję
Czuję się świetnie, bo dzięki Jezusowi jestem dziś zdrowa i wolna od depresji. Wreszcie wiem, że żyję. Jestem teraz szczęśliwa i to bez względu na zewnętrzne okoliczności. Mam niesamowity Boży pokój, który przewyższa ludzki rozum. Jestem wdzięczna Bogu za wszystko co mam, co robię – za to, że jest w moim życiu, że zrobił dla mnie to wszystko. To dzięki Niemu dziś naprawdę odnoszę sukces. Już nie muszę udowadniać ani udawać, że tak jest. Mam prawdziwą radość, jestem wolna, szczęśliwa, wdzięczna. Wreszcie jestem sobą.

Nie wstydzę się, że miałam depresję
Dzisiaj chcę odważnie mówić o tym, że jest lekarstwo na tę chorobę. Jedyną skuteczną i trwałą metodą na uzdrowienie nie są żadne leki, psychiatrzy, psycholodzy – absolutnie nic, tylko Jezus. Ta choroba nie wybiera statusu majątkowego, wykształcenia i sytuacji rodzinnej. Może dotknąć każdego: „zwykłego Kowalskiego”, biznesmena, polityka, gwiazdę kina. Ale tak samo każdy może przyjąć uzdrowienie przez krew Jezusa Chrystusa. Dlatego otwórz swoje serce, bo jest skuteczne lekarstwo. Możesz być wolny tak, jak ja.

Monika Klukowska