Myślałam, że buddyzm da mi to, czego zawsze szukałam: spokój, zadowolenie z życia, możliwość pomagania innym, wolność od cierpienia. Jednak od mojej pierwszej medytacji w maju 2016 roku do 8 listopada tego samego roku moja depresja, nerwica lękowa i myśli samobójcze systematycznie się nasilały. Choć brałam coraz silniejsze psychotropy, nadal miałam nadzieję, że medytacja mi pomoże.
Tymczasem ratunek przyszedł z innej strony.

 

Dałam sobie spokój z tym Bogiem
Od liceum szukałam pomocy w kościele katolickim.
Po wielu zawodach, w końcu dałam sobie spokój z tym Bogiem. Myślałam, że On ma mnie po prostu gdzieś.
Jest tam w górze i patrzy na ten teatrzyk na ziemi, mając gdzieś to, że ludzie cierpią. Miałam po dziurki w nosie zwłok Jezusa rozciągniętych na krzyżu, przez które kazali mi się bić w pierś i smucić.

Zaczęłam medytować
W momencie, gdy skreśliłam Boga, pojawił się psychiatra i jego rada, żebym zaczęła medytować. Zastosowałam się i poczułam nagle, że mniej mnie boli serce. Od wielu miesięcy chodziłam zgięta przez ciągły ucisk w klatce piersiowej a tu taka poprawa. Przyszła nadzieja na pożegnanie się z cierpieniem i osiągnięcie „nirwany”. Nigdy później nie odczułam już żadnej poprawy stanu zdrowia. Ale brnęłam w to, bo nie znałam innej drogi.Życie oznaczało dla mnie ból
Nie chciałam brać do końca życia, 2 razy dziennie, tabletek na poprawę krążenia (miałam nieuleczalną chorobę Raynaud’a). Miałam krzywy kręgosłup i często budziłam się z bólu. Nie mogłam długo stać. Gdy przychodziłam do domu waliłam się na łóżko stękając jak staruszka. Doświadczałam bólu całego ciała, którego powodem było cierpienie psychiczne.

Postanowiłam ściąć włosy
Byłam coraz mniej zdatna do życia. Zainspirowana buddystkami, które goliły się na łyso, chodziły w jednym kawałku materiału i nie goliły nóg (dbanie o podstawową higienę mnie męczyło), postanowiłam ściąć włosy. 7 listopada 2016 r. wyszłam z domu (to był wyczyn) i powiedziałam fryzjerce, żeby ścięła mnie najkrócej jak się da. Szykowałam się do wyjazdu do klasztoru buddyjskiego w Niemczech – tam było najbliżej.

Usłyszałam ewangelię
Następnego dnia do mieszkania, które wynajmowałam, przyjechali właściciele. Witając ich w jakichś łachach, obcięta na jeża, opowiedziałam im o moich planach.
Oni podzielili się ze mną ewangelią. Śmiałam się z tego, że Jezus jest jedyną prawdą, ale pozwoliłam im pomodlić się o mnie. Starszy mężczyzna pobiegł jeszcze do samochodu po jakieś płyty. Dał mi je i kazał posłuchać.

Stwierdziłam, że nie mam nic do stracenia
Przecież chciałam się zabić. Włączyłam płytę, na której było napisane „Szukaj pomocy u Boga, a nie w świecie”. Ktoś mówił o Bogu zupełnie inaczej, niż wszyscy. Tego samego dnia poszłam na spotkanie do kościoła ludzi, którzy dali mi płytę. Przy radosnych dźwiękach muzyki podniosłam ręce i zawołałam: „Pomóż mi, Jezu, jeżeli możesz. Chcę Cię poznać. Pomóż mi!”

Narodziłam się na nowo
Po powrocie do domu wywaliłam wszystkie moje leki do kosza. Te od psychiatry, leki na krążenie, przeciwbólowe. Wyrzuciłam też moje okulary. Miałam pewność, że Jezus będzie moim ostatnim lekarzem. Tej nocy zaczęły wychodzić ze mnie demony. Po wszystkim czułam, że spadł ze mnie ogromny ciężar, że mam w sobie życie i jestem zupełnie inna. Postanowiłam iść za Jezusem.

Nie mam już żalu do Boga
Nie obwiniam Go, o zło w moim życiu. To nie On był za to odpowiedzialny. Poznałam Jezusa. Doświadczyłam, jak bardzo Mu na mnie zależy. Moja wiara w całkowite uzdrowienie nie zawiodła mnie – dziś jestem zdrowa. Stałam się też innym człowiekiem. Długo się błąkałam i dawałam oszukiwać, ale ty tak nie musisz. Przyjdź do Jezusa, o którym Ci piszę. Przyjdź na spotkanie, bo jest wyjście z depresji, lęków, chorób i cierpienia.

Anna Niewęgłowska